A zacznę od małego zachwytu. Kupiłam niedawno na spontanie ledwo odrosłe od ziemi cebulki hiacyntów. w Supermarkecie, więc ani nie wiedziałam, jakiego będą koloru, gdy się rozwiną, ani czy w ogóle się rozwiną (wiecie, jak to jest z kwiatami z niepewnego źródła ;)) Ale zaryzykowałam. Chcąc nie chcąc, postawiłam doniczkę w sypialni, bo nie byłam pewna,
czy moje koty na ich widok nie zechcą się oddać radosnej degustacji roślinek, tak jak to robią namiętnie z ciętymi kwiatami, które stoją na stole w salonie 🙂
Hiacynty doskonale zakomponowały się z resztą kwiatów, roślinek i gadżetów na komodzie, a po paru dniach pączki pierwszego z nich lekko się rozchyliły i urosły, ujawniając jego docelowy kolor – piękny fiolet. Dwa dni później zaczęły rozkwitać dwa kolejne – jasnoróżowe. I tak sobie rosną i sprawiają, że się uśmiecham, kiedy na nie patrzę. A niby takie nic – mała cebulka w doniczce. W dodatku, kiedy wracam do domu po ciężkim dniu i na koniec ruszam do sypialni, roztaczają w niej przecudny, delikatny zapach, który sprawia, że sen jest z każdym dniem przyjemniejszy. Pomyślicie – „wariatka, cieszy się, że jej kwiatki rozkwitają i pachną, a przecież to normalne”. Cóż… czasem z pozoru normalne rzeczy, kiedy się na nie spojrzy z innej perspektywy, pokazują się w całkiem innym świetle.
Bo ja wiosnę czuję już teraz!
No i tak mnie naszło, żeby sobie o hiacyncie poczytać. Bo mogę 😉 I tak oto dowiedziałam się, że hiacynt jest rośliną z rodziny szparagowatych (!), a ja przecież uwielbiam szparagi. No i że imię (ale to pamiętam z mitologii) ma po przecudnej urody młodzieńcu, królewiczu spartańskim, który jest mitycznym dowodem na to, że zamiłowanie do osobników tej samej płci towarzyszyło ludzkości od zawsze (Hiacynt był ukochanym Apolla, a zginął – jak to w mitach bywa – z rąk zazdrosnego Zefira, który śmiertelnie go zranił, a z krwi Hiacynta wyrósł piękny kwiat).
Dzisiaj hiacynt to jeden z kwitnących ulubieńców ogrodniczek.

Fajnie też pomyśleć o innych kwitnących kwiatach, których ekstrakty są w kosmetykach, np. tonik zawiera wodę z róży damasceńskiej i wodę z kwiatów pomarańczy, płyn micelarny – ekstrakt z szałwii (wiecie, że szałwia pięknie kwitnie?), w serum znajdziecie ekstrakt z lawendy motylej, który działa jak naturalny botoks, a w balsamie do ciała – wyciąg z miodunki plamistej, syberyjskiej roślinki o maleńkich fioletowych kwiatkach, no i ekstrakt z bosko pachnących kwiatów gardenii tahitańskiej, które czynią jego zapach tak niesamowitym. Jest moc, prawda? No i te zapachy – ja uwielbiam!
Wracając do hiacyntów – w warunkach zewnętrznych kwitną od kwietnia do maja, ale we wnętrzach kwitnące hiacynty mamy już teraz, w lutym, ciesząc oko i zapowiadając nadchodzącą wiosnę. A któż z nas na nią nie czeka?! I tu wracamy do pączków. Oczywiście, jedzcie i degustujcie – z różą, marmoladą, czekoladą, budyniem i z czym tam jeszcze chcecie. Ale jeśli tylko możecie, częściej otaczajcie się na co dzień tymi pączkami, które będą Wam przypominać moc natury – tego, jak potrafi się odradzać i odsłaniać swoje piękno, często zaskakujące. To wspaniała motywacja do wszystkiego, a dzięki temu, że mamy dziś markety i dyskonty, wiosnę możemy wprowadzić do swoich domów już wcześniej. I jak tanio! 😉




Jako osoba, która ma kilkunastoletnie doświadczenie w makijażu
permanentnym, również jako właściciel centrum makijażu i salonu
kosmetologicznego z całym przekonaniem podpisuję się pod poradami Pani
Magdaleny. Od siebie jeszcze dodam komentarz dotyczący samej trwałości
makijażu permanentnego. Faktycznie jest tak, że odpowiednia pielęgnacja
(niestosowanie tłustych, za to nawilżających kremów, niestosowanie
peelingów chemicznych i mechanicznych) może poprawić trwałość makijażu
permanentnego, ale w dalszym ciągu nie będzie on estetycznie prezentował
się dłużej, niż kilkanaście miesięcy. Dobrej jakości, certyfikowane
barwniki wbrew pozorom, nie są trwałe “na zawsze” – tak działają tylko
barwniki do tatuażu. Tych w makijażu permanentnym powinno się unikać,
ponieważ utrudniają skorygowanie kształtu kreski, brwi etc., a jest to
konieczne z biegiem czasu. Nasze rysy twarzy ulegają zmianom z wiekiem,
dlatego dobrze wykonany makijaż permanentny umożliwia wprowadzanie
korekt w trakcie zabiegu dopigmentowania, który powinien być
przeprowadzany mniej więcej raz w roku. Po zabiegu i na co dzień należy
makijaż permanentny nawilżać i nie doprowadzać do nadmiernego
przesuszenia i złuszczania naskórka w większym stopniu, niż ma to
miejsce naturalnie. Zabronione jest zdrapywanie strupków, bo może to
spowodować usunięcie razem z nimi barwnika i powstanie „dziur” w
makijażu.
Bardzo nas to cieszy 🙂 Fajnie, jak opinię fachowca podziela drugi fachowiec 🙂