Na Festiwalu Veganmania, na którym byliśmy z Resibo, poznałam Gianfranco, który został weganinem po tym, jak zobaczył, że rolnik w Azerbejdżanie wyrzuca na śmietnik nowo narodzone cielę, bo… krowa ma dawać mleko, a nie rodzić cielęta.
Rozmawiałam z urzędnikami w jednym urzędzie, których namawiałam do wysyłania materiałów drogą elektroniczną, bo oszczędzają i czas, i papier (co prawda z tym oszczędzaniem papieru to różnie bywa, o czym już pisałam, ale jednak…).
Spotkałam kolegę, który woli być niż mieć, co w jego przypadku przekłada się na podróżowanie po świecie kamperem, który zwykle stara się parkować z dala od cywilizacji, żeby być bliżej natury, móc wyskoczyć do lasu, w góry czy na rower.
To wszystko dało mi do myślenia. Gianfranco został weganinem, choć był ekstremalnym mięsożercą. Urzędnicy chcieliby przejść na drogę elektroniczną, ale papier jest wygodniejszy, więc się zastanowią. Mój kolega nie widzi nic atrakcyjnego we wczasach all inclusive, spaniu pięciogwiazdkowych w hotelach z sauną, masażem i free wi-fi.
Każdy ma jakąś filozofię i każdy jest zadowolony z tego, jak żyje.
W przypadku każdego jest to jednak świadomy wybór. Dlatego zaczęłam się zastanawiać, na ile świadomie dokonuje wyboru przeciętny zjadacz chleba. Ten, któremu w dyskontach i supermarketach wpycha się byle co w byle jakości, ale on to bierze, bo płaci byle jaką cenę. Ten, któremu bazary z chińszczyzną oferuję tanie ciuchy, tanie buty, tanie torebki itp. itd. A on to bierze, bo płaci byle jaką cenę. Ten, który często zarabia niewiele i dlatego jedynym jego kryterium, jak w przetargach, po których mamy dziurawe drogi, źle wykonane budynki itd., jest cena.
To trudna sprawa, bo czasem nawet przekonania nie wystarczą, żeby coś zmienić w swoim życiu. Mieć jakąś filozofię. Realizować ją.
Ale jeśli nawet tylko przez ułamek sekundy zaświtało Wam w głowie, żeby zostać weganinem, wegetarianinem, ekologiem czy nawet po prostu podróżować „bliżej natury”, to choć to zwykle jest trudniejsze, często droższe i na pewno bardziej wymagające… zachęcam. Naprawdę warto. A głębszy sens przychodzi bardzo szybko 🙂




Jako osoba, która ma kilkunastoletnie doświadczenie w makijażu
permanentnym, również jako właściciel centrum makijażu i salonu
kosmetologicznego z całym przekonaniem podpisuję się pod poradami Pani
Magdaleny. Od siebie jeszcze dodam komentarz dotyczący samej trwałości
makijażu permanentnego. Faktycznie jest tak, że odpowiednia pielęgnacja
(niestosowanie tłustych, za to nawilżających kremów, niestosowanie
peelingów chemicznych i mechanicznych) może poprawić trwałość makijażu
permanentnego, ale w dalszym ciągu nie będzie on estetycznie prezentował
się dłużej, niż kilkanaście miesięcy. Dobrej jakości, certyfikowane
barwniki wbrew pozorom, nie są trwałe “na zawsze” – tak działają tylko
barwniki do tatuażu. Tych w makijażu permanentnym powinno się unikać,
ponieważ utrudniają skorygowanie kształtu kreski, brwi etc., a jest to
konieczne z biegiem czasu. Nasze rysy twarzy ulegają zmianom z wiekiem,
dlatego dobrze wykonany makijaż permanentny umożliwia wprowadzanie
korekt w trakcie zabiegu dopigmentowania, który powinien być
przeprowadzany mniej więcej raz w roku. Po zabiegu i na co dzień należy
makijaż permanentny nawilżać i nie doprowadzać do nadmiernego
przesuszenia i złuszczania naskórka w większym stopniu, niż ma to
miejsce naturalnie. Zabronione jest zdrapywanie strupków, bo może to
spowodować usunięcie razem z nimi barwnika i powstanie „dziur” w
makijażu.
Bardzo nas to cieszy 🙂 Fajnie, jak opinię fachowca podziela drugi fachowiec 🙂