W ziołolecznictwie w pierwszej kolejności używany jest korzeń mniszka. Jego goryczkowatość sprawia, że stosowany jest w zaburzeniach trawienia, wspomaga wydzielanie żółci i rekonwalescencję po chorobach wątroby.
Mniszek zawiera też inulinę, podobnie jak opisywany przeze mnie topinambur (też z rodziny astrowatych), która jest naturalnym prebiotykiem o niskim indeksie glikemicznym, więc może być stosowana przez cukrzyków.
Z kwiatów robi się syrop (zwany też miodem), który działa przeciwkaszlowo i ogólnie wzmacnia odporność. W tradycyjnej medycynie ludowej syrop taki był polecany chorowitym, anemicznym dzieciom. Ponadto mniszek działa antynowotworowo i przeciwbólowo, więc jest polecany w bólach reumatycznych. Dobrze sprawdzają się leczniczo także nalewki i winka.
Ale prawdziwy szał zaczyna się, gdy wpuścimy mniszka do kuchni.
Z młodych listków przyrządzamy sałatkę lub pesto. Zbiera się je przed kwitnieniem, kiedy nie mają jeszcze goryczki. Gdy liście są starsze, z łatwością pozbędziemy się cierpkiego smaku dodając sok z cytryny lub mocząc je w occie. Starsze liście możemy podsmażyć jak szpinak lub stosować jako dodatek do placuszków, omletów czy jajecznicy.
Młode kwiatki, zanim pojawi się na nich puszek przemieniający je w dmuchawce, możemy również dodać do sałatek, a całe koszyczki kwiatowe podsmażyć na oleju lub w naleśnikowym cieście.
Do konsumpcji nadają się też korzenie, zbiera się je przed kwitnieniem, czyli późną jesienią i wczesną wiosną.
Można je piec, zrobić z nich puree lub dodać do herbaty. Przyznaję, że nie miałam jeszcze sposobności spróbować, jak smakują, jednak w tym roku na pewno przed zimą przeprowadzę zbiory.
Pamiętajcie, żeby zbierać mniszka w miejscach oddalonych od dróg i innych zanieczyszczeń, gdyż roślina ta bardzo mocno wchłania wszelkie szkodliwe substancje i zamiast oczyścić organizm, możemy sobie zaszkodzić.




Jako osoba, która ma kilkunastoletnie doświadczenie w makijażu
permanentnym, również jako właściciel centrum makijażu i salonu
kosmetologicznego z całym przekonaniem podpisuję się pod poradami Pani
Magdaleny. Od siebie jeszcze dodam komentarz dotyczący samej trwałości
makijażu permanentnego. Faktycznie jest tak, że odpowiednia pielęgnacja
(niestosowanie tłustych, za to nawilżających kremów, niestosowanie
peelingów chemicznych i mechanicznych) może poprawić trwałość makijażu
permanentnego, ale w dalszym ciągu nie będzie on estetycznie prezentował
się dłużej, niż kilkanaście miesięcy. Dobrej jakości, certyfikowane
barwniki wbrew pozorom, nie są trwałe “na zawsze” – tak działają tylko
barwniki do tatuażu. Tych w makijażu permanentnym powinno się unikać,
ponieważ utrudniają skorygowanie kształtu kreski, brwi etc., a jest to
konieczne z biegiem czasu. Nasze rysy twarzy ulegają zmianom z wiekiem,
dlatego dobrze wykonany makijaż permanentny umożliwia wprowadzanie
korekt w trakcie zabiegu dopigmentowania, który powinien być
przeprowadzany mniej więcej raz w roku. Po zabiegu i na co dzień należy
makijaż permanentny nawilżać i nie doprowadzać do nadmiernego
przesuszenia i złuszczania naskórka w większym stopniu, niż ma to
miejsce naturalnie. Zabronione jest zdrapywanie strupków, bo może to
spowodować usunięcie razem z nimi barwnika i powstanie „dziur” w
makijażu.
Bardzo nas to cieszy 🙂 Fajnie, jak opinię fachowca podziela drugi fachowiec 🙂