Czy artykuły mówiące o tym, że produkt X jest szkodliwy, a produkt Y ma działanie antyrakowe, rzeczywiście mają na celu poprawę mojego stanu zdrowia, czy nakłonienie mnie do kupna określonych specyfików?
Podróż przez Internet, pełen niezweryfikowanych informacji, domorosłych ekspertów i powoływania się na casusy znajomych znajomych, może stać się źródłem olbrzymich frustracji. Tym bardziej że stawką jest zdrowie nasze i naszych bliskich, a jakimś autorytetom trzeba w końcu zaufać. Z drugiej strony umieszczenie na paczce papierosów informacji, że można od nich umrzeć, nie sprawia, że palacz z przerażeniem wyrzuci ową paczkę do kosza i już nigdy nie wróci do nałogu. Straszenie, że jakiś produkt zwiększa ryzyko zachorowań na choroby cywilizacyjne, również nie spowoduje, że łakomczuch odstawi słodkie przekąski.
I wcale się nie dziwię ludziom, którzy machają ręką na wszystkie dietetyczne porady, mówiąc: na coś trzeba umrzeć.
Jak więc nie umrzeć z głodu, nie dostać wrzodów z nadmiaru frustracji i nie czuć żalu, że w imię eko-mody wyrzekamy się wszystkich przyjemności życia?
Bo przecież „coś mi się od życia należy”.
Oczywiście, należy Ci się przede wszystkim spokojny sen, świeże powietrze, czysta woda i zdrowe jedzenie. Jeśli nie chcesz zwariować od nadmiaru informacji, przyjmij jedną prostą zasadę: otaczaj się produktami, które zawierają jak najwięcej naturalnych składników.
Idealnie byłoby osiągnąć 100 procent, ale nie dajmy się zwariować. Mało ludzi jest na to gotowych. Naturalne składniki to nie tylko jedzenie i napoje, które w siebie wlewasz. To kosmetyki, których używasz, tak zwana domowa chemia, czyli wszelkie środki czystości, ubrania, które nosisz, czy środowisko, w którym przebywasz.
O ile często nie możemy wybrać, czy mieszkamy w wielkiej płycie, czy drewnianym domku, to możemy sami zdecydować, czy nasze ubrania będą się składały z bawełny, czy poliestru. Jeśli nie macie własnego ogródka czy działki, zadbajcie o częste spacery lub kwiaty doniczkowe. Jeśli nie macie dostępu do ekologicznych produktów, zadbajcie przynajmniej o to, aby ograniczyć liczbę tych wysoce przetworzonych. Każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Zmiana nawyków nie musi być frustrująca i okupiona poczuciem winy, jeśli zdecydujemy się na małe kroczki.




Jako osoba, która ma kilkunastoletnie doświadczenie w makijażu
permanentnym, również jako właściciel centrum makijażu i salonu
kosmetologicznego z całym przekonaniem podpisuję się pod poradami Pani
Magdaleny. Od siebie jeszcze dodam komentarz dotyczący samej trwałości
makijażu permanentnego. Faktycznie jest tak, że odpowiednia pielęgnacja
(niestosowanie tłustych, za to nawilżających kremów, niestosowanie
peelingów chemicznych i mechanicznych) może poprawić trwałość makijażu
permanentnego, ale w dalszym ciągu nie będzie on estetycznie prezentował
się dłużej, niż kilkanaście miesięcy. Dobrej jakości, certyfikowane
barwniki wbrew pozorom, nie są trwałe “na zawsze” – tak działają tylko
barwniki do tatuażu. Tych w makijażu permanentnym powinno się unikać,
ponieważ utrudniają skorygowanie kształtu kreski, brwi etc., a jest to
konieczne z biegiem czasu. Nasze rysy twarzy ulegają zmianom z wiekiem,
dlatego dobrze wykonany makijaż permanentny umożliwia wprowadzanie
korekt w trakcie zabiegu dopigmentowania, który powinien być
przeprowadzany mniej więcej raz w roku. Po zabiegu i na co dzień należy
makijaż permanentny nawilżać i nie doprowadzać do nadmiernego
przesuszenia i złuszczania naskórka w większym stopniu, niż ma to
miejsce naturalnie. Zabronione jest zdrapywanie strupków, bo może to
spowodować usunięcie razem z nimi barwnika i powstanie „dziur” w
makijażu.
Bardzo nas to cieszy 🙂 Fajnie, jak opinię fachowca podziela drugi fachowiec 🙂